Najlepsza okazja by …

Dzień Babci i Dziadka to najlepsze okazje do tego, by pokazać jak bardzo ich kochamy. Im jestem starsza, im baczniej obserwuję swój dom i to jak czas nieubłaganie mija, tym bardziej doceniam naszych najstarszych opiekunów. Kiedy byłam mała, zwykle malowałam laurki, chodziłam na herbatę i ciasto z galaretką do babci Heleny, a do drugiej babci Halszki, dzwoniłam, bo od lat mieszkała w Norwegii. Obie Babcie wspaniale robiły na drutach. To pewnie po nich mam takie zainteresowania.

Pamiętam, że w tamtym czasie, towarzyszyły mi zupełnie inne emocje, niż podczas podobnych okazji. Nie była to ekscytacja, ale czysta radosć i spokój. Dlatego tak lubiłam ten dzień. Dziś znaleźliśmy chwilę i razem z przyjaciołmi przygotowywaliśmy laurki dla Dziadków naszych najmłodszych. Proste rozwiązania są najlepsze. Nie ma nic piękniejszego, niż własnoręcznie przygotowana laurka. Dzieciaki malowały to co mają w sercu – abstrakcję, wóz strażacki : ) … wisienką na torcie była piękna karta z pomysłowymi życzeniami na tą okazję. Całość opakowana w promieny uśmiech wnuka. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie lepszy dowód miłości ? 

Ten dzień okazał się również wspaniały pod innym względem. W końcu udało mi się znaleźć chwilę, by wywołać zdjęcia. Moim małym celem na kolejne lata, jest wybieranie fotografii z każdego miesiąca i wklejanie ich do albumu podsumówującego rok. I tak właśnie nadrobiłam zaległości. Wybrałam również najaktualniejsze zdjęcie Fil i Helen. Oprawiłam w ramę z IKEA, załaczyłam kartę Snap the moment...oto najproszy przepis na piękny upominek dla naszych najbliższych.

Najlepszości ! 

beata kwiatkowska

WABI-SABI – perfect imperfection

Ukochanie niedoskonałości moich i innych to coś nad czym pracuje od jakiegoś czasu. Z obserwacji widzę, że dopada to wielu trzydziestoparolatków, chyba taka kolej rzeczy. Po latach nieprzewidywalnego dzieciństwa, chaosie, który jest domeną dwudziestolatków, jeszcze większym chaosie jaki wnoszą dzieci, nie pozostaje nam nic innego jak się z tym pogodzić. ‘Easier said than done’ no ale cóż, od świadomości do sukcesu podobno niedługa droga.

Internet huczy o nowym trendzie Wabi –Sabi. Ja się dowiedziałam o nim od Oli,  intrygującej Pani Architekt, która niedawno dołączyła do naszego zespołu. Filozofia wabi-sabi to nic innego jak akceptacja niedoskonałości w naszym otoczeniu. Coś się obtłucze – nie wyrzucaj tego tylko sklej, a pękniecie uwydatnij złotą spoiną. Oderwał się pompon od poduszki, oderwij co drugi, będzie ciekawiej. Podłoga drewniana, która jeszcze niedawno tworzyła idealną powierzchnię, teraz jest pełna śladów po zabawie Twoich dzieci? Pokochaj to, dom to historia, którą piszecie razem.

Po krótkiej lekturze od razu chwyciłam za aparat, aby pokazać Wam co u mnie domu tworzy klimat – właśnie te niedoskonałości!

Zawsze strasznie się cieszę, że moi goście po wizycie mówią jak u nas ciepło i przyjemnie. To przedmioty, które nazbierałam przez lata dają ten klimat. Gałązka z sesji świątecznej, którą ususzyłam i powiesiłam nad stołem, bo tak mi się spodobała ( tym samym przewieszając gdzie indziej obraz Darii, dla którego nie wyobrażałam sobie innego miejsca niż właśnie centralnie nad stołem), stara zdobyczna skrzynia od Made from Wood, szalonej pary z gór, która ukochała stare drewno i nadaje im nowe życie, stare, wychodowane przez moją Mamę Chrzestną drzewko szczęścia, które podarowała nam na nowy dom, gałązka jarzębiny z ogrodu, która została po jesiennym sprzątaniu, uchwyty w kuchni, już nie tak czyste i idealnie jasne jak po zakupie, ale za to przypominające o tych wszystkich posiłkach, które spożyliśmy z masą ludzi przy naszym nierównym stole, no i zdjęcie od mojej przyjaciółki Hoffi, na którym sama dorysowała weselszą rzeczywistość, którego ramka dawno odpadła, a szybka pękła, ale wędruje z nami z mieszkania do mieszkania już prawie 20 lat!

Mi ten trend zdecydowanie pasuje, już planuje jak go dalej rozprzestrzenić w innych pomieszczeniach. A Wy tez ukochacie wabi-sabi?

asia real

Kalendarz 2018

Początek roku, lista planów, nowych postanowień. Z pewnością każdy z Was ma w głowie, a niektórzy na papierze, skoroszyt "nowego ja". Zwykle sama układałam konspekt kolejnego roku pod hasłem "zmiany", a w rozwinięciu dziesiątki maluteńkich podpunktów. które miały mnie doprowadzić do doskonałości. Olaboga! Nie ma nic trudniejszego niż czterdzieści mikro celów, których nie masz czasem kiedy ponownie przeczytać, a co dopiero do nich wrócić i pamiętać by je zrealizować. Takie podejście skazane jest na porażkę, więc jeśli macie tak szczegółową listę – radzę Wam – wstańcie teraz, sięgnijcie po nią, wytypujcie najważniejszych pięć punktów, a zbyt złożoną i drobiazgową resztę wyrzućcie do kosza. Moj cel na te rok, to optymalizacja czasu do tego stopnia, by mieć go więcej na własne przyjemności. Koniec. 

Jedną z rzeczy, którą od zawsze chciałam zrobić, to przygotowanie minimalistycznego kalendarza. Zajęło mi to trzydzieści minut, a radochę mam taką, jak bym utkała dywan. Nie żartuję. 

Do przygotowania minimalistycznego kalendarza potrzebujemy:

– drewnianej podkładki ( zapłacicie za nię maksymalnie 8 zł, kupicie w marketach xxl z żywnością i w każdym sklepie plastycznym)

– złotą farbkę, spray – może być tez w innych kolorach, pasujących do Waszego wnętrza

– pędzelka

– dwunastu czystych kartek a4

– drukarki

 

Jeśli sami potraficie przygotować taki kalendarz za pomocą dostępnych programów – zachęcam do zabawy w photoshopie lub corellu. Jesli nie macie takich możliwości, gotowy wzór do wydruku znajdziecie klikając w ten link : kalendarz. Zatem drukujemy.

Następnie możemy pomalować metalową zaczepkę na dowolny kolor. Zapewne osiągalne są oryginalnie złote klamerki, ale bywają droższe i sama nie miałam czasu szukać ich w sklepach. Jak od zarania dziejów wiadomo – potrzeba matką wynalazków.

I to już koniec, ale jaki piękny koniec. Przy odrobinie fantazji możemy wiele zdziałać. Założę się, że większość materiałów potrzebnych do wykonania takiego kalendarza macie w domu. Zatem do dzieła moi mili. Leniwej niedzieli i spokojnego początku tygodnia Wam życzę.

 

beata kwiatkowska

Skull obsession

 


Zima nie chce nadejść. Może i dobrze, szybciej będzie wiosna i znów będzie można gdzieś pojechać, pójść na spacer, rower.

Ostatnio przeglądałam zdjęcia i natknęłam się na zeszłoroczną wizytę w Meksyku. Nie wiem czy Wam mówiłam, ale zaczynam mieć myśli czy tam nie wrócić. Dzieci rosną, Jorge jest już w Polsce 7 lat, sprawiedliwie byłoby teraz, abyśmy wszyscy znów wygrzali twarze w karaibskim słońcu.

Jednym z powodów, oprócz oczywistego czyli wiecznie dobrej pogody jest architektura. Kto mnie choć trochę zna wie, że mam lekkiego bzika na punkcie czaszek. W tym sezonie bardzo modny jest też kolor ‘mięsny’, wraca terakota i generalnie trend naturalny, roślinność i klasyczne materiały znów są w modzie.

Dzisiejsza publikacja to typowa architektura starego domu w centrum Guadalajary z patio w środku i rozchodzącymi się na boki pokojami. W związku z tym, że to zabudowa szeregowa, okna na ulicę mają tylko pokoje z przodu domu, reszta doświetlana jest świetlikami w dachu, lub przeszklonymi drzwiami wychodzącymi na patio. Roślinność ożywia nieco tą miejską dżunglę, a typowo meksykańskie kolorowe dekoracje dodają życia kamiennym murom.

Ściana w czaszki to mistrzostwo świata jak dla mnie. Kombinuje jak przy najbliższym remoncie wykonać taką ścianę u nas w Sopocie. Jak znacie kogoś kto odlałby te czaszeczki to dawajcie znać! Ja zapraszam Was na razie na podróż wirtualną, a za parę lat kto wie, może będę pisać do Was z krainy Azteków 😉

asia real